PRL – skrót, który budzi różne emocje. Dla jednych to czas młodości, dla innych opowieści rodziców czy dziadków, pełne szarości i kolejek. Ale kiedy pada pytanie: „Czy w PRL-u budowano lepiej?”, niejedna osoba wzdycha z nostalgią i mówi: „A przynajmniej robili porządnie!”. Czy aby na pewno?

Betonowe fundamenty i złote rączki

Zacznijmy od tego, że w PRL-u budowało się dużo. Osiedla wyrastały jak grzyby po deszczu, a potrzeba dachu nad głową była ogromna. Ludzie przeprowadzali się z wielopokoleniowych kamienic do nowych bloków z windą, ciepłą wodą i – o radości – własnym balkonem. Nie były to może architektoniczne cuda, ale jak na tamte czasy – prawdziwa rewolucja.

Warto jednak podkreślić, że ówczesna budowlanka opierała się na prostych, często topornych, ale solidnych rozwiązaniach. Beton lał się litrami, zbrojenia robiono „na oko”, ale z przekonaniem, że ma to przetrwać wieki. I faktycznie – wiele tych bloków stoi do dziś i ani myśli się zawalić. Oczywiście, nie obywało się bez usterek – krzywe ściany, okna nieszczelne zimą czy drzwi, które trzeba było poprawiać młotkiem – to była norma. Ale ekipy budowlane miały w sobie coś, czego dziś często brakuje: złote rączki, które potrafiły wszystko, choć często bez podręcznika.

Dom z przydziału, ale z duszą

Jednym z charakterystycznych zjawisk tamtych lat było budowanie „po znajomości”. Kto miał wujka murarza, ten był ustawiony. Czasem cegły „spadały z transportu”, cement zniknął z magazynu, a drzwi wejściowe „jakoś się załatwiło”. Dzisiejsze procedury zamówień publicznych nie miałyby wtedy racji bytu, ale – co ciekawe – wiele tych budynków trzyma się lepiej niż niejedna współczesna inwestycja.

Domy jednorodzinne, choć często budowane latami (bo albo brakowało materiałów, albo pieniędzy), były oczkiem w głowie właścicieli. Samemu murowano, samemu kładło dach i układało instalację. To budowało więź – z domem, z rodziną, z sąsiadami, którzy pomagali „z dobrego serca i flaszki”.

A dzisiaj? Nowoczesność kontra trwałość

Dziś budujemy szybciej, ładniej, nowocześniej – to fakt. Technologie poszły do przodu, mamy materiały lekkie, energooszczędne, certyfikowane. Ale czy trwalsze? To już inna sprawa. Współczesne budownictwo często cierpi na syndrom „na szybko i pod klucz”. Pięknie wygląda na zdjęciu, ale po kilku latach pojawiają się pęknięcia, wilgoć, grzyb czy odklejająca się elewacja.

W PRL-u nie budowano z rozmachem, ale z myślą, że to ma być na pokolenia. Może i topornie, bez finezji, ale uczciwie. Dziś za estetyką czasem nie nadąża trwałość. Wspominki budowlane z czasów PRL-u bywają więc pełne szacunku – bo choć bywało biednie i siermiężnie, to jednak z jakimś dziwnym urokiem.

Czy PRL budował lepiej? Może nie lepiej, ale na pewno inaczej – bardziej swojsko, bardziej od serca. I może właśnie dlatego te wspomnienia mają w sobie coś, co w nowoczesnym budownictwie trudno znaleźć: ludzką rękę, pot i zaangażowanie, które widać nawet w krzywo przykręconym kontakcie.

Twoja ocena: oceń teraz
Aktualna ocena: 0 - 0 głosów